Szlakami ojców na Ukraine...
Świat jest piękny i życie piękne, choć czasem dobre chwile przeplecione są złymi: śmiech – łzami; smutek – radością.
Człowiek się rodzi – witany (zazwyczaj) z radością i miłością, potem dorasta ucząc się życia – zdobywając wiedzę.
Przychodzi czas na usamodzielnienie się – jakież wizje na urządzenie tego życia powstają w umyśle...
A potem małżeństwo powodujące zmiany w planach – kieruje nimi rzeczywistość.
Jeśli zdrowie i siły pozwalają – pracujemy, zdobywamy to co nam jest potrzebne do życia; cieszymy się rodziną.
Czasami ludziom udaje się wybić w życiu, zdobyć bogactwo, zaszczyty – a później przychodzi czas „spowolnienia”. Z biegiem lat stajemy się słabsi, zaczynają dawać się we znaki choroby – człowiek często wraca w myślach do dawnych lat, które czasami nawet były trudniejsze, ale wspomina się je z przyjemnością i... żal młodzieńczych lat, dni które tak „szybko minęły”.
Chodząc z Tadeuszem Niewiadomskim po lesie strzelistych, pachnących eukaliptusów; ozdobionym starymi paprociami; słuchaliśmy skrzeku kolorowych papug i... wracaliśmy w opowieściach w minione czasy – „Szlakami naszych ojców” Były to wędrówki na Wołyń, Ukrainę (wtedy to była Polska!) – tam, gdzie nasi ojcowie pracowali. Wiele nazw miast znam z opowiadań moich rodziców Mariana i Pauliny Kot, którzy byli wtedy kolporterami – Tadeusz wspominał przekazy jego ojca – i tak powstawały różne opowiadania. Dołączyła teraz siostra Tadeusza – Aleksandra.
Bogusław Kot.
Oddaję miejsce wspomnieniom s. Aleksandry Kozioł (Niewiadomska) z Kanbery, która skorzystała z zaproszenia nadesłanego z Dubna dla jej brata Tadeusza Niewiadomskiego (patrz archiwum: Dwa pokolenia, SYBERIA, may 7.2008).
Aleksandra i Adolf Kozioł z synem Danielem – udali się w podróż na Ukrainę:
„Chwała i uwielbienie Ojcu Światłości, Stwórcy nieba i ziemi Synowi Bożemu Jezusowi i Duchowi Świętemu, który wzbudzał w ludziach pragnienie poznania Boga i Jego Słowa.
Pierwszą osobą, która w miejscowości SILANOWICE zaczęła święcić sobotę – była gospodyni wiejska, która odczuwała w sercu pragnienie służenia woli Bożej, chciała być w porządku z Bogiem by otrzymać życie wieczne.
Kupowała wizerunki świętych, które żeby nabrały mocy świętości – należało poświęcić tzn. zanieść do cerkwi, gdzie kapłan miał je pokropić święconą wodą.
Pewnego dnia ta kobieta będąc na targu zauważyła dwóch mężczyzn zawzięcie o czymś rozprawiających. Podeszła bliżej, chcąc podsłuchać o czym oni rozmawiają. Inni przechodnie też się zatrzymali.
Jeden z rozmówców dowodził, że nie niedziela (Woskriesenje – Dzień Zmartwychwstania) jest dniem świętym, ale sobota.
Zaniepokoiło to gospodynię i aby upewnić się czy tak jest, poszła do cerkwi do popa z zapytaniem: czy to prawda, że sobota jest dniem świętym? Jest dniem siódmym?
Tak, to prawda – padła odpowiedź kapłana.
Czy ja mogę sobotę święcić? – możesz rzekł kapłan.
Gospodyni wzięła święconą wodę i w sobotę kropiła („święciła”) wnętrze swojego domu i całe gospodarstwo.
Tak gospodyni we wsi SILANOWICE zaczęła święcić siódmy dzień – sobotni. Było to ok. 1900 roku.

W tym czasie już istniał pierwszy ośrodek adwentyzmu na Wołyniu. W roku 1888 powrócił z Krymu do swej rodzinnej wioski ŻARNÓWKA – H. Szkubowiec, przywożąc ze sobą ideę adwentyzmu.
Prawdopodobnie z Żarnówki był ten mężczyzna przemawiający na targu. Za jakiś czas do gospodyni „święcącej” dzień sobotni, przybył kolporter. Gospodyni kupiła literaturę adwentową, a kolporter poinformował ją jak należy święcić sabat.
I tak już w roku 1903 we wsi-kolonii niemieckiej Silanowice – powstał zbór wielojęzyczny, wielonarodowościowy. Większość w zborze stanowili koloniści niemieccy, a byli tam Polacy, Rosjanie, Ukraińcy i Czesi.

Miejsce zebrań w Żarnówce
Wieś Żarnówka i kolonia Silanowice w owym czasie były częścią wschodniej Polski, a dzisiaj – część Ukrainy Zachodniej.
Praca ewangelizacyjna postępowała bardzo powoli, zwalczana przez kościoły: katolicki, prawosławny a nieraz i ewangelicki.
Zbór liczący 30 osób zaliczał się wtedy do dużych zborów. 10 osób stanowiło zbór, a 3-4 osób – grupę, pojedyncze osoby stanowiły tzw. diasporę.
Takich małych zborów, grup i członków w diasporze było rozsianych mnóstwo na terenach Wołynia, Polesia, Podlasia i Wileńszczyźnie. Ludność tych terenów (Wschodniej Polski) była wielokulturowa, wielojęzyczna i wielonarodowościowa, co sprawiało trudności w ewangelizacji; aczkolwiek literatury adwentystycznej było wiele w językach: polskim, rosyjskim, ukraińskim, niemieckim, a również czeskim.
Jednak kolporterzy, pracownicy biblijni oraz kaznodziejowie znali tylko jeden z owych języków. Potrzebowali więc w kazaniach tłumaczy (nieraz kilku), którym trzeba było pokryć koszta podróży – a małym zborom czy grupom sprawiało to wiele trudności.
W roku 1926 został przysłany przez Polskie Pole Misyjne pracownik biblijny do miasta Włodzimierz Wołyński; był to zbór liczący wówczas 30 osób.
Pracownik ten był rodem z Litwy, z wielokulturowego i wielojęzycznego społeczeństwa – znający języki i kultury narodów stanowiących ten region.
Był to młody pracownik biblijny Antoni Niewiadomski.
W tamtych czasach mieszkanie pracownika biblijnego było stacją misyjną i miejscem nabożeństw sobotnich, zebrań zborowych i miejscem odpoczynku dla kolporterów – był domem rodzinnym dla zboru. Wielu członków zboru przyjmując Prawdę, traciło miłość i kontakty z przyjaciółmi – a nawet rodziną. Zbór więc stawał się rodziną zastępczą, a rodzina pracownika biblijnego – ich rodziną.
Do pomocy w dziele ewangelizacji pracownik biblijny lub kaznodzieja miał do pomocy kolporterów, którzy chodząc od domu do domu, od wioski do wioski, sprzedawali literaturę adwentową; a na Sabat przybywali do domu kaznodziei aby odświeżyć się fizycznie i duchowo. Sam kaznodzieja często pozostawał w terenie odwiedzając grupy i zbory, będąc poza domem i rodziną nieraz kilka tygodni. Podróż do większych miast odbywano pociągiem, ale później pokonywano trasę „stopami apostolskimi” przemierzając dziesiątki kilometrów.
My, dzieci lubiliśmy kiedy wracali kolporterzy. Mieli oni czasem ze sobą harmonię, gitarę, mandolinę i dobre głosy. Śpiewaliśmy z nimi polskie, rosyjskie albo ukraińskie psalmy i pieśni. Lubiliśmy spać na siennikach rozłożonych na podłodze – było wesoło. W czwartkowe popołudnia odbywały się „wycieczki” z wiadrami po wodę do pobliskiej pompy lub studni. Mama niosła 2 wiadra wody – na „karkonoszach”. My ze starszym bratem Witkiem nieśliśmy wspólnie jedno wiadro, a Tadek „pomagał” mamie – trzymając się jednego z jej wiader.
Gdy zmęczony ojciec, po kilkutygodniowej nieobecności w domu, wracał z obolałymi stopami – to ja i Witek mieliśmy zaszczyt myć tatusia nogi; a żeby nie było nieporozumień każde z nas miało do mycia jedną nogę w oddzielnej misce. I tak było do czasu, gdy Witek żył jeszcze. Po śmierci Witka, ojciec już nie bywał długie tygodnie poza domem.
Latem, gdy przyszła praca Żniwno-Dziękczynna, cały zbór zawsze brał czynny udział. Cały zbór, to znaczy i my – dzieci mając 5 lat już chodziliśmy od domu do domu sprzedając literaturę; ciesząc się, gdy cel był osiągnięty.
Jako dzieci zawsze czuliśmy się częścią ludu Bożego – zboru. Kiedy w latach 1920 podano, że świat zamierza zmienić kalendarz i że Sabat będzie ruchomy czyli zostanie zmieniony porządek tygodnia, zbory na całym świecie ogłosiły post w Sabat. My, dzieci też postanowiliśmy pościć. Witek 17 letni – ja 5 letnia.
Pan - miłosiernie dawał siły, chęci i błogosławieństwo w nauce szkolnej. Po sabacie lub w niedzielę szliśmy do kolegów szkolnych dowiedzieć się co było przerabiane w szkole i co było zadane do domu. Rodzice kolegów często pytali dlaczego nie chodzimy w sobotę do szkoły? Była okazja powiedzieć o przykazaniach Bożych i o przyjściu Jezusa w chwale.
Członkowie z odległych wsi lub mniejszych miasteczek, mający sprawę sądową, wizytę u lekarza lub zabieg medyczny – zatrzymywali się w domu kaznodziei – czasami kilka dni. Chory na gruźlicę brat mieszkający w wilgotnym mieszkaniu, nocował w domu kaznodziei w czasie zimy, dostawał lepsze pożywienie i poprawiał się na zdrowiu – spał w pokoju przeznaczonym na nabożeństwa.
Często, nieraz kilka razy w roku musieliśmy zmieniać miejsce zamieszkania, gdyż gospodarze prosili abyśmy opuścili ich dom, bo ksiądz lub, któryś inny kapłan groził im ekskomuniką. Czasem bandyci rozbijali szyby i bili zgromadzonych.
W roku 1936 zarząd Unii Adwentystów DS postanowił, aby w mieście Równem wynająć specjalne miejsce na nabożeństwa i ewangelizację.

Zbór w Równem.
Jako rodzina kaznodziejska rozumieliśmy, ze pracownik na Niwie Pańskiej to nie jedna osoba – kaznodzieja, ale cała jego rodzina i zbór. Cieszyliśmy się postanowieniem Unii, zwłaszcza my dzieci – bo mieliśmy więcej spokoju i miejsca na naukę. Nie trwało to jednak długo, gdyż ojca przeniesiono na nową placówkę – do Krzemieńca, gdzie nie było ani zboru, ani żadnego adwentysty czy przyjaciół. Orka na ugorze!

Zbór w Krzemieńcu.
Ojciec odwiedzał, jak dawniej, zbory w Dubnie, Serniczkach, Silanowicach, Zdołbunowie i okolice.
Kolporterzy i my tzn. rodzina kolportowaliśmy w miasteczkach i po wsiach, aż we wsi Zoloby znalazły się osoby, w sercach których wzbudził się oddźwięk na wpływ Ducha Świętego. Również w innej wiosce grupa ludzi zainteresowała się Trójanielskim Poselstwem. Przez całą zimę Antoni – ojciec udzielał im lekcje biblijne.
Pewnego wiosennego dnia, gdy już było ciepło i sucho na drogach, ojciec zaproponował abym towarzyszyła mu na lekcję biblijną do pewnej wioski koło Krzemieńca, w pobliżu wioski Zoloby.
Gdy przyszliśmy na miejsce, zastaliśmy grupę osób wygrażających nam, żebyśmy więcej nie przychodzili... nie chcemy waszych odwiedzin...jeśli przyjdziecie, pogonimy psami.
Ojcu łzy zalały oczy, powiedział dowidzenia i poszliśmy.
Po drodze tato zacytował wiersz z Izajasza, 49,9 „Na darmo się trudzę, na próżno i daremnie zużyłem swoją siłę...”
Jednak we wsi Zoloby człowiek imieniem Danyło Ochocki postanowił przyjąć chrzest. Z czasem inni zainteresowali się Ewangelią.
W 1937 r. ojciec został przeniesiony do Pińska na Polesiu. I tam zakończyła się praca kaznodziejska na terenie Wołynia. Za 2 lata wybuchła wojna...
Dzisiaj, gdy lata minęły... bohaterzy odeszli... my żywi wspominamy sobie tamte lata...
Wspominaliśmy z Tadeuszem uwięzienie ojca, pobyt w Workucie, a po powrocie z Workuty nadszedł list od grupy wierzących w okolicy Krzemieńca – przypominający moment odmówienia lekcji biblijnych, obiecując pogonić psami – a teraz napisali – jest nas 16 osób, członków ADS.
A więc nie próżno i nie daremnie zużyte zostały siły ani w Krzemieńcu, ani w Workucie, ani nigdzie indziej gdzie praca wydawała się mało skuteczna.
W tym roku, gdy smutne myśli nachodziły, wspomnienia minionych lat spędzonych z bratem Tadeuszem – tam na Wołyniu, smutne z powodu jego odejścia z tego świata, gdy wszystko wydawało się szare i smutne – niespodziewany list z Ukrainy z miasta Dubno, pisany po angielsku – prośba o wspomnienia o kaznodziei Antonim Niewiadomskim i zaproszenie na Ukrainę – do podróży „Szlakami ojców...”.
List ten niestety nie zastał Tadeusza wśród żywych, ale dotarł do mnie... Po namyśle i załatwieniu formalności spełniłam z mężem i synem życzenie s. Raisy i udaliśmy się na Ukrainę – wcześniej wysyłając wspomnienia.

Zbór w Dubnie.
Spotkanie ze zborami, gdzie ojciec pracował było bardzo miłe. Starsza generacja pamiętała ojca z opowiadań rodziców, pokazywali domy i izby, gdzie ojciec nieraz głosił Prawdę 2 tygodnie dzień w dzień; izba wtedy i weranda były pełne słuchaczy.
Jedna 90-letnia siostra objęła mnie mówiąc; pamiętasz w Pożarkach poszłyśmy do prawosławnej cerkwi popatrzeć na ślub. Po małej chwili powiedziałaś –o, sami starzy, chodź, poskaczemy na skakankach... Ktoś inny wspominał opowieści rodziców o Antonim...

Zbór w Pożarkach.
Odwiedziliśmy WŁODZIMIERZ, dzisiaj duży zbór. Duży budynek kościelny w centrum miasta, a drugi w trakcie budowy – na skraju miasta.

Włodzimierz, zbór w centrum miasta.

Nowowołyńsk, niedalego Włodzimierza.
Pamiętali rodzinę Markwertów i córki Bertę i Annę, które przez pewien czas kolportowały mieszkając z nami.

Zbór w Równem.
RÓWNE. Duży budynek kościelny – oni nazywają go „Dom Modlitwy”
Pastor Szewczuk zawiózł nas do starej chatki, gdzie mieszkaliśmy i odbywały się też tam nabożeństwa. Odwiedziliśmy również cmentarze we Włodzimierzu, gdzie spoczywa moja siostrzyczka, a brat Witek w Równem. Szukaliśmy potwierdzeń w archiwum. To samo było w Krzemieńcu.
Zapytałam dlaczego jest to takie ważne dla niego?
Odpowiedział: my, gdzie możemy tam stawiamy kamienie pamięci albo wmontowujemy tabliczki, a to w tym celu żeby ludność oswoiła się z istnieniem zboru Adwentystów Dnia Siódmego; żeby wiedzieli, że to jest stara – ich religia, a nie coś nowego (nie ukraińska).
Będąc codziennie w innym zborze mieliśmy spotkania i nabożeństwa. Proszono abym opowiadała o pracy mojego ojca i o udziale rodziny w jego pracy. Nasz syn Daniel (mieszkajacy obecnie w Londynie) miał również kazania, które tłumaczyłam na język rosyjski.
Obdarowano nas ludowymi pamiątkami z Włodzimierza – dla Felicji urodzonej we Włodzimierzu. Dla urodzonej w Równem Emilii – obiekt sztuki ludowej.

Różne podarunki dla osób z rodziny Niewiadomskich.
Dla całej rodziny Niewiadomskich członkowie zboru w Równem ofiarowali album zdjęć kościołów - z piękną dedykacją.

Zbór Równe (część zboru). Wręczenie albumu dla rodziny Niewiadomskiego, jednego z pierwszych kaznodziei w Równem w latach 1931–1935.

Zdjęcie albumu wykładanego przeróżnymy muszelkami...

i dedykacji.
W wędrówkach po dawnym Wołyniu zastanawiałam się jakie to wszystko ma znaczenie. Odpowiedź przyszła z proroctwa Izajasza 55,10 , abyśmy oczyma ujrzeli, uszami usłyszeli, rękami nadotykali, w objęciach uściskali i na zawsze zapamiętali, że Słowo Boże głoszone, „siane” –zawsze przyniesie owoc.
Jest to zachęta i pociecha dla nas, którzy pracujemy wśród znajomych, w rodzinach, często zasmucani, mówiący we łzach – na próżno użyliśmy czas i siły.
Nie, nie na próżno!!!
Dziś nasi współwyznawcy na Ukrainie wyrażają Bogu wdzięczność budując wspaniałe kościoły – Domy Modlitwy.
Państwo ukraińskie daje w centrum miast place na budowę kościoła, pod warunkiem że będzie to budynek okazały, wysoki, widoczny. Jeśli z jakichś powodów zbór stać tylko na mały budynek – to mogą budować na peryferiach miast.
Środki materialne członków zboru są bardzo skromne, nie stać ich na wynajęcie budowniczych i fachowców, więc sami budują pod kierownictwem pastora. Niektórzy pastorzy są budowniczymi, wśród członków są architekci i fachowcy.
Członkowie pomagają, przeznaczają na budowę swoje dochody, utrzymując się z działek ogrodowych. Członkowie rolnicy wspomagają żywnością.
Słyszałam słowa: my wiemy, że przyjdzie czas gdy będzie to nam zabrane, ale robimy co możemy aby ogłosić Ewangelię, czas sądu i Przyjście Pana w Chwale, albowiem czas krótki jest.
Aleksandra Kozioł (Niewiadomska)
Inne zbory odwiedzone przez rodzinę Kozłów na Ukrainie.

Dubno.

Dubno.

Dubno.

Dubno.

Dubno. Daniel Kozioł głosi Słowo Boże, tłumaczy Aleksandra Koziol.

Krzemieniec.

Krzemieniec.

Krzemieniec.

Krzemieniec.

Kowel.

Dymidówka, wnętrze.

Dymidówka.

Młynów, wnętrze.

Jeden z kościołów w Łucku.

Drugi kościół w Łucku.

Rozpoznawanie starych dokumentów. Raisa Kunceman (pomoc historyka), Pastor Walentin Szewczuk (historyk), Aleksandra córka Antoniego. Drugi rząd: Daniel Koziol (wnuk Antoniego), Pastor Dubieński-Genady z żoną.
Fotografia na Ukrainie: Adolf Koziol (zięć Antoniego)
Fotografia podarunków: Mirra Huber (wnuczka Antoniego)
Przygotowanie fotografii na internet: Cezary Niewiadomski (wnuk Antoniego)
PS. Najmłodszy potomek Antoniego noszący jego nazwisko, Dann Niewiadomski, mieszka w Carrara, Queensland.